Relacja jednego z pierwszych z polskich Randonneursów  – Cezarego Urzyczyna

Kolarskie przygody za granicą? A jakże! Jak komuś mało imprez na naszej rodzimej ziemi, wiele imprez podobnych do naszych można znaleźć w niedalekiej Europie. Są nawet firmy które organizują wyjazdy dla kolarzy i kibiców na większe i mniejsze imprezy. Jak poszukać dobrze, to na portalach społecznościowych są ogłoszenia o takich wyjazdach.

Ja zachęcony relacjami kolegów, w tym roku skusiłem się na Liège-Bastogne-Liège Challenge. Końcówka kwietnia. 273 km po Ardenach i Walonii. Scenariusz typowy. Najpierw zapisanie się przez Internet, potem kombinowanie z organizacją. Żeby było tanio, Żeby było blisko, żeby fajnie. Najlepiej długi dystans. Z trzech proponowanych dystansów wybrałem najdłuższy: 273 km

Pewnie, że rozsądek przychodzi na końcu. Ja ze swoją wagą 89 kg na kilkugodzinną trase po pagórkach. Na trasie zaznaczono 9 podjazdów, ale dopiero kilka dni przed wyjazdem głębsza analiza pokazała że to prawie 5300 metrów przewyższenia. I choć najwyższy szczyt Belgii to tylko 694 m n.p.m. czułem się jak w Bieszczadach. No czasem jak na Kaszubach.

Na treningu znalazłem kolegę do tej wycieczki. A żeby droga kosztowała jeszcze mniej zapisałem się na stronę Blablacar gdzie bez trudu znalazły się osoby które w 50% pokryły koszty paliwa. W tamtą stronę dwie Polki. W drodze powrotnej dwoje Wietnamczyków.

Kierunek Liege wczesnym rankiem… Wcześniej przez fb odezwałem się do Polaka uczestnika BBT z prośbą o nocleg. Oczywiście bez problemu. Krwawy Heniek jest super gościem.

Droga do Belgii spokojna, trochę nawet monotonna. Wieczorem hamburger w HeavyMetalowym lokalu nie był najlepszym pomysłem, ale w tej dzielnicy nie było Lidla. Klimat jak z książki fantasy, jednak było warto. Przywitano nas tam jak sąsiadów, którzy przyszli coś przekąsić.

 

Po nocy wczesnym rankiem jedziemy 40 km na start. Zimno, ale z optymizmem stajemy gotowi około 7 rano. Start w formule tak jak w naszych brevetach. Od 7 do 8.30. Pod balonem startowym zjeżdżają się koledzy z całej Europy i nie tylko i gdy zebrała się większa garstka ktoś dawał sygnał: Common guys i jedziemy. Wyjazd z Liege raczej spokojny. Choć po 1 km zaczął się podjazd to w dobrym towarzystwie i ze świeżymi siłami jadę na dużym blacie. Komunikacja i grzeczność w peletonie wzorowa. Pokazują dziury. Różne Achtungi, Atansiony, rozmowy w kilku językach. Oprócz Flamandów dużo Niemców i Francuzów, są Włosi. Polaka spotkałem dopiero 10 km przed metą. Flamandzkiego nie rozumiem, ale kilka gestów języka kolarskiego znam, więc nie czuję się nieswojo. Jest raczej życzliwie, każdy szuka swojego miejsca w grupie, swojego tempa. Po każdym wzniesieniu i dłuższym zjeździe grupki się mieszają. Ci którzy jadą w swoich grupetto czekają na siebie. Ja na nikogo nie musiałem czekać ani nikogo gonić. Kolega z którym przyjechałem, pojechał na krótszą trasę więc po 20 km mi zniknął z pola widzenia gdy trasy się rozjechały.

Po drodze spotykam maratończyka Ralfa z Kłajdepy. Wymieniamy się przyjemnościami i uśmiechami. Życzliwość i uśmiech się przydały bo od ok. 40 km zaczęło lekko padać. Lekko pada to znaczy prędzej czy później będziesz mokry. Jeśli jedziesz w grupie to raczej prędzej. Gdy zorientowałem się że w butach już mam mokro, a do mety ponad 200 km po górach, pomyślałem: to teraz dopiero zaczyna się przygoda.

Ci którzy układali trasę zdali egzamin na piątkę. Zjazd, podjazd, zakręt podjazd. Nie wiem jak to jest ale jak się podjeżdża pod górę, myśli się kiedy to się skończy i czeka się na zjazd. A jak się już zacznie zjeżdżać to po chwili zimno, bolące ręce i wiele mięśni czeka na podjazd. Bo będzie cieplej.

Im dalej tym trudniej. Siedem z dziewięciu tzw. poważnych podjazdów jest w drugiej części wyścigu. Użyłem słowa wyścig, bo z pewnych względów jest to wyścig. Niby nie ma zwycięzców, ale jak się spotyka dwóch kolarzy to wystarczy łyknąć izotonika, albo wcale go nie trzeba pić, a i tak chce się na mecie być przed tym z którym się jedzie.

Na dystansie 273 km jest aż 5 punktów żywieniowych i 3 miejsca gdzie sprawdzają i mierzą czas przejazdu. Chip jest przytwierdzony do numeru startowego który zakładamy na kierownicę. Na 1 i 2 punkcie żywieniowym nawet nie staję. Mam swoje jedzenie. Ale swoje się kończy. Na 143 km zatrzymuje się na uzupełnienie zapasów. Po jakimś czasie nie jadą już nogi tylko głowa. Więcej głowa. Z góry z rozsądkiem – mam do kogo wracać w jednym kawałku. Zaraz później jedna z perełek –  podjazd COTE DE LA FERME LIBERT….. 20%.

Zaraz potem DE LA REDOUTE na 223 km… 2 km długości przy nachyleniu 8,8 %. COTE DE LA ROCHE na 238 km „tylko” 1,5km długi przy średniej 9,3 %. COTE DE SAINT NICOLAS 252 km… 1,2km przy 8, 6 %

Normalnie takie podjazdy nie szokują danymi, ale przy tych warunkach bolały. Ostatnie kilometry do mety to… kolejna zemsta organizatorów. Kostka brukowa i długie ulice z małymi przewyższeniami. Dla lokalnych kolarzy to standard, dla mnie chłopaka z nizin to były góry. Zjazd po kostce. Nogi i ręce bolą pośladki spięte

Jeszcze parę kilometrów i meta. Tam ból ustępuje euforii. Dziesiątki ludzi wiwatujących i uśmiechających się do nas kończacych tę mękę i przygodę na którą czekaliśmy długie miesiące. Myślenie „nigdy więcej” przekuwa się no dobra ukończyłem, to co teraz?

Kolarze amatorzy czyli podążając trasami mistrzów
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial